hmmm.. A więc zaczęło się tak... - koniec kwietnia 85.. żyłem sobie spokojnie w ciepełku pływając tu i tam.. aż tu nagle wszyscy kumple i koleżanki, wystartowali jak by ich coś piekło i gdzieś zniknęli. Myślę sobie "co jest grane? rozdają polonezy w Pewexie?" i ruszyłem z ciekwaości za nimi. Co będę tak sam siedział. I tak powoli sobie płynąłem, bo co się będę pchał. I szok.. Byłem przerażony widząc znajomych rozjebanych na ścianach i rozdeptanych przez tłum. Co ten pieniądz robi z ludźmi zmartwiłem się. I tak sobie rozkminiałem nad sensem istnienia, aż się w pizdu zgubiłem. Zobaczyłem światło a potem znowu zrobiło się ciemno i jeb, wpadłem w jakąś otchłań. Patrzę a tu wielkie coś. Zapukałem, ale nikt się nie odezwał. No to muka myślę sobie. Żadnego domofonu nic. Kryzys. Ciemno. Ale przecież nie będę stał jak ta parówa i czekał na zbawienie. To walnąłem z półobrotu ogonem, przebiłem się przez ścianę i coś się zaczęło ze mną dziwnego dziać. Tym sposobem spędziłem 9 miesięcy w zamknięciu